Suplementy dla dzieci ???

Przeczytałem ostatnio w Internecie wypowiedź Pani Prof. M. Kozłowskiej-Wojciechowskiej, która jest Kierownikiem Zakładu Opieki Farmaceutycznej Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego oraz autorką wielu publikacji naukowych na temat diety i suplementacji. Wypowiedź twarda, rzeczowa, prawdziwa. W moim typie. Lubię takie kobiety. Otóż pisze Ona o pladze suplementowej występującej w Polsce. W 2013 roku sprzedano u nas 150 mln opakowań suplementów diety, co wskazuje, że każdy z nas teoretycznie zjadł 4-5 takich opakowań! A przecież wielu z nas nigdy nie wzięło żadnego suplementu do ust. Ani ja, ani moja Żona, Mama, ani moje dzieci. Oznacza to, że są ludzie, którzy wchłonęli zamiast nas znacznie więcej niż te 4-5 pudełek. A co gorsza, w tym procederze udział biorą też dzieci, bo niezbyt rozgarnięci i zatruci reklamami rodzice kupują takowe w aptekach. Rodzice ci powinni wiedzieć jednak, że podawanie dzieciom suplementów choćby w postaci witamin, a nie naturalnie występujących składników mineralnych, naturalnych witamin może powodować pogorszenie stanu ich zdrowia. Pani Profesor twierdzi, że podawanie tabletkowych suplementów rozwijającemu się organizmowi (czyli do 25 roku życia) może ten rozwój zaburzyć. Tak na prawdę niewiele jest wskazań do podawania suplementów i są one dość wąskie. Suplementacja zresztą z definicji oznacza podawanie czegoś, czego brakuje. I tak na przykład u dziewcząt częste są niedobory kwasu foliowego i żelaza, a u dzieci i młodych dorosłych powszechny jest niedobór witaminy D, wapnia i kwasów omega-3. Ale pamiętajmy, że nie we wszystkich rejonach Polski jest tak samo. Ewentualne uzupełnianie niedoborów powinno być zawsze poprzedzone odpowiednim określeniem stężenia podejrzanych o niedobór składników we krwi, a dopiero po stwierdzeniu ich niskich wartości powinno włączać się suplementację. Nigdy w ciemno. Pani Profesor ubolewała, że Polacy łykają ogromne ilości kolorowych tabletek, suplementów nie rozumiejąc, przez piorące mózg reklamy, co tak na prawdę spożywają. Bo biznes, to biznes, a sprzedaż wszak jest najważniejsza.

O niezłych ziółkach trochę

A jak to jest, na przykład, z prawdziwymi lekami roślinnymi, w porównaniu do nieprawdziwych suplementów diety? Lek roślinny kupowany w aptece jest nadzorowany i poddawany w zasadzie takim samym procedurom rejestracyjnym jak każde inne, „chemiczne” lekarstwo. Że o obowiązku monitorowania działań niepożądanych nie wspomnę. Dobre „ziółko” posiada też ulotkę informacyjną oraz, podobnie jak „zwykłe” lekarstwo wskazania, przeciwwskazania i działania niepożądane. Problem zaczyna się wtedy, gdy „ziółka” są sprzedawane jako suplement diety, czyli są produktem zwyczajnie spożywczym, niepodlegającym w zasadzie żadnej kontroli. Na przykład tabletki z zielonej herbaty. Sama zielona herbata pita w umiarkowanych ilościach może działać zbawiennie (po za tym, że smakuje ochydnie), ale połykana w kapsułkach, jako ekstrakt, powoduje, że pochłaniamy jednorazowo 15 - 20 filiżanek herbaty! A przesławny beta-karoten? Każdy wie, że zdrowo jest schrupać marchewę od czasu do czasu. Ale spożywając beta-karoten w tabletkach lub kapsułkach jako suplement diety połykamy jego ilość odpowiadającą mniej więcej 6-ciu kg marchwi! To może zabić nawet Królika Bugs'a!

Krótko o suplementach, lekach i parówkach

Coraz więcej dietetycznych suplementów krąży wokół nas. Warto wiedzieć dlaczego. Gdybyśmy tak stanęli w aptece i zerknęli na półki z kolorowymi pudełkami, pośród których dominują suplementy diety, to śmiało można powiedzieć, że znakomita ich większość nie działa. Mimo kolorowego pudełka, metrowej ulotki i niezłej ceny. Nie działa. A przynajmniej nikt tego nie udowodnił. Suplementy diety rejestruje się jako produkty spożywcze (czyli jak na przykład parówki) co powoduje, że w zasadzie nikt ich nie kontroluje (jak parówki). Każdy z nas może być producentem suplementów diety. Trzeba tylko spełniać podstawowe kryteria ustawowo określone dla wytwórców produktów spożywczych, które dotyczą głównie higieny linii produkcyjnej. Następnie produkt zgłasza się do Głównego Inspektoratu Sanitarnego, który wydaje pozwolenie na jego wprowadzenie do obrotu. Gdy suplement znajdzie się na półkach wielu jego wytwórców zastosuje wszelkie sposoby, aby go sprzedać, bo kasa musi się przecież zwrócić. Wśród takowych wytwórców znajdują się również i nieuczciwi wytwórcy (albo na odwrót?) , którzy posuwają się niejednokrotnie do nieuczciwej prezentacji suplementów, próbując im przypisać właściwości lecznicze lub odnieść ich pseudoefekty do tych obserwowanych po klasycznych lekach. Zatem dając się ponieść nieuczciwej reklamie pamiętajmy o tych „subtelnych” różnicach rejestracyjnych między lekiem i suplementem.

Magnez w wodzie, czyli o tym, że jednak prehistoryczna natura jest najlepsza

My tu gadu-gadu o magnezikach, tableteczkach, a tu przecież istnieje profesjonalny portal przeznaczony do publikowania informacji o znaczeniu magnezu i innych biopierwiastków w ochronie zdrowia człowieka i jego środowiska naturalnego. Portal ten jest tzw. Członkiem Z Ramienia Polskiego Towarzystwa Magnezologicznego im. prof. Juliana Aleksandrowicza. Trochę w nim pobuszowałem i się wstrząsnąłem, ponieważ żaden tam chelat jakiś, żadna tam jakaś witamina B6, po prostu wystarczy pić wodę wysokozmineralizowaną, tak jak nasi praojcowie i spokojnie te 300 mg magnezu wtoczymy w nasz organizm bez łykania tabletek i występujących w nich nośników, talków, konserwantów, przeciwzbrylaczy, farbek, itp. Warto poczytać: http://www.ptmag.pl

Magnez, wersja 0.1

Bardzo mnie nękają internauci, co bym się wypowiedział w temacie potrzeby suplementacji tabletkowej magnezu, a o co wszem i wobec prosi radio, telewizja i szereg kolorowych czasopism. i mówią, że jak się go nie ma, to się ma bezsenność, depresję, albo powieka nam lata, albo nie daj Boże wszystko na raz. Ale ja nie odpowiem bezpośrednio. Postawię tylko pytanie: skąd takie przypuszczenie o niedoborze zrodziło się w mózgach żurnalistów i innych wichrzycieli ? Ano stąd, że pijemy dużo kawy i herbaty i że się źle przy tym odżywiamy. Śmieszne, prawda ? Oczywiście nie ma badań epidemiologicznych w Polsce opisujących niedobory magnezu w społeczeństwie, a wobec wyssanej z brudnego palca hipotezy trzeba więc posiłkować się metaforą herbaciano-kawowo-żywieniową. Ciekaw jestem natomiast, jak skomentowali by ww. wichrzyciele brak objawów niedoboru tego pierwiastka u ludów, które od tysiącleci piją herbatę od rana do wieczora (pustynni Beduini, Hindusi), albo narodów pijących zamiast wody kawę (Chorwaci, mieszkańcy niektórych regionów Italii), którzy oczywiście również się nie najzacniej odżywiają. Piją tacy 8 do 12 kaweczek dziennie (w tym przynajmniej 3 na czczo) i to nie jakiś tam lurek, ale prawdziwych siekier i nic im nie ma! Jak to jest! Czemu nikt nie opisuje takiego ewenementu. Nie mają oni jakoś wyraźnie częściej depresji i bezsenności (wprost przeciwnie), osteoporozy, wrzodów żołądka, zaburzeń rytmu, ani powieki im jakoś szczególnie częściej nie latają, mimo, ze nie jedzą bananów, ani nie łykają albionowych chelatów. Jak to jest? Może to są czary?