Ludzkość wykończy się sama, czyli o tym, że prawdziwej kupy już nie ma

W naszym organizmie, głównie na terenie przewodu pokarmowego, żyją tryliony bakterii, grzybów i innych tego typu stworów, a co najciekawsze, ich ilość znacznie przewyższa ilość komórek całego naszego organizmu. Czyli biorąc po uwagę zasady zdrowej demokracji, czyli niesprawiedliwej przewagi większości nad uciśnioną mniejszością można by stwierdzić, że ten pojedynczy człowiek żyje w zasadzie dla kolonizujących go bakterii i jest dla nich jedynie osłonką, rodzajem inkubatora, wektorem służącym ich przetrwaniu. W zależności od tego, w jaki sposób rzeczone mikroby się zachowują, w jakich są między sobą proporcjach i co ewentualnie produkują, człowiek prawidłowo funkcjonuje lub nie. Obecnie uważa się, że choroby takie jak: autyzm, alergie, astma oskrzelowa, zapalne choroby jelit, cukrzyca i otyłość powodowane mogą być właśnie złą sąsiedzką współpracą zachodzącą w naszych wnętrznościach. Tak przynajmniej twierdzi niejaki Rodney Dietert, ekspert w dziedzinie zdrowia w Szkole Medycyny Weterynaryjnej Uniwersytetu Cornell w NY w USA. Zauważa on, że liczba 8 letnich dzieci z autyzmem wzrosła w ciągu ostatnich 2 lat z 1 na 88 do 1 na 68 (wg danych opublikowanych w marcu 2014 przez amerykańskie Centrum Kontroli i Prewencji Chorób). Przyczyna tej choroby pozostaje wciąż niejasna, natomiast nowe badania wskazują, że dzieci z autyzmem posiadają w swym wnętrzu inny garnitur drobnoustrojów w porównaniu do zdrowych dzieci. Podobne obserwacje dotyczą dzieci zapadających na cukrzycę, których procent wzrósł z 20 do 30 w latach 2001-2009. Z czego właściwie wynika obserwowana różnica w składzie i jakości drobnoustrojów u badanych dzieci, pyta ekspert dr Dietert? Najprawdopodobniej udział w tym procederze biorą wszechobecnie dodawane do jedzenia chemikalia (konserwanty, środki ochrony roślin, barwniki, antybiotyki, sterydy anaboliczne), ale również nagminnie przeprowadzane cesarskie cięcia (jedno na trzy z amerykańskich dzieci rodzi się w ten właśnie sposób, co uniemożliwia „zaszczepienie„ prawidłowej flory bakteryjnej obecnej w drogach rodnych kobiety na skórę „jałowgo” przecież noworodka), niekarmienie piersią, stosowana luźną ręką antybiotykoterapia w czasie ciąży oraz u małych dzieci (zamiast na przykład baniek). Wg innego badacza, też z Nowego Jorku, dr Martina Blasera zaburzenie tej subtelnej i dynamicznej choreografii mikrobowych mieszkańców wnętrza naszych dzieci w okresie ich rozwoju trwale zmienia i wykoleja prawidłowy rozwój układu immunologicznego oraz nerwowego. Co zatem robić? Należy pamiętać, że antybiotyki to poważne leki, mają one ratować życie i po to zostały stworzone. Ale niestety, my doktory, nie do końca i nie zawsze umiemy rozsądnie nimi żonglować. Czasem zwyczajnie, jak przed wiekiem trzeba poczekać i dać czas naszym (i dzieci) siłom odpornościowym, aby same się pozbierały, zmobilizowały, zagorączkowały, zropiały ewentualnie i wyleczyły (tzw. restitutio ad integrum). Nie można gnać za wszelką cenę do roboty, czasem trzeba poleżeć, pokaszleć, postawić bańki, zastosować oscillococcinum (to był żart oczywiście). A może trzeba położyć większy nacisk na szczepienia, aby nie trzeba było później leczyć bakteryjnych powikłać? W każdym razie coś trza zrobić, ponieważ przed nami szykuje się era tragicznych, globalnych powikłań związanych z wszechobecną antybiotykoterapią. My może nie, ale nasze dzieci mogą dożyć czasów, w których drobna i na pozór niegroźna infekcja będzie dla nich śmiertelna. A wtedy zawdzięczać to będą nam, czyli wtedy już dziadkom, a my, jako te dziadki powiemy: a trzeba było......

Panta rei, czyli o tym, że ejakulat już nie taki fajny jest jak kiedyś……

Coraz lepsze poznanie biologii ludzkich komórek macierzystych pozwala aktualnie na ich skuteczne rozmnażanie i hodowanie w warunkach laboratorium. Jednym ze szczególnych kręgów zainteresowań są komórki macierzyste występujące w naszych jądrach (spermatogonia), z których powstają w efekcie dojrzałe plemniki. Ten proces nie jest prosty, jak i również samo wymówienie nazw poszczególnych procesów wymaga od czytelnika giętkości języka przypominającej giętkość witki owego plemnika. Spermatogeneza bowiem zaczyna się od spermatogoniogenezy, następnie przechodzi w spermatocytogenezę, aby zakończyć się spermiogenezą (przeobrażenie spermatyd w plemniki). Na ostatku zachodzi jeszcze (w kanalikach nasiennych) spermogeneza. Stopień zamotania opisanych procesów jest na tyle duży, że naukowcom do tej pory nawet nie spędzał on snu z oczu, bo aspekt ten najzwyczajniej im się nie śnił. Ale oto nastały czasy wszechobecnych konserwantów, obcisłych spodni, plastikowych butelek, wszechobecnych estrogenów, co spowodowało i wciąż powoduje spadek ilości żwawych plemników występujących w pojedynczym ejakulacie. Kiedyś to były czasy – mówią nasi dziadkowie i mają szczerą rację. Kiedyś w pojedynczym, standardowym męskim wytrysku znajdowało się od 100 do 500 milionów plemników. Czyli średnio rzecz ujmując za jednym razem można by zapłodnić całą ludność na przykład takiej Rosji (144 526 278 ludzi). Natomiast w obecnych czasach pojedynczy wytrysk wielu młodych mężczyzn nie wystarczyłby nawet na większą aglomerację (nawet i stołeczną). Takie Panocku czasy.

Jedynka i 400 zer, czyli złoty interes dla całej drogi mlecznej

Przeczytałem niedawno ciekawy list Profesora Andrzeja Gregosiewicza, napisany z resztą już w 2005 roku, a skierowany do Prezesa Urzędu Rejestracji Produktów Leczniczych, Wyrobów Medycznych i Produktów Biobójczych. Opisuje on w nim proces tworzenia lekarstwa o nazwie Oscillococcinum, dostępnego bez recepty w każdej aptece za 96,23 pln za 30 dawek. Wg Farmakopei Europejskiej lek ten produkowany jest z rozcieńczonych z wodą kaczych podrobów (tzw. „rozcierek” serc i wątróbek). Z opisu na opakowaniu tego lekarstwa wynika, że jest to rozcieńczenie w stosunku 1 do 10400 (jedynka i 400 zer). Zdrowy rozsądek podpowiada zatem, że już po pierwszych kilkunastu rozcieńczeniach w roztworze nie ma śladu po jednej choćby kaczej molekule. Ale to nie koniec. Następna procedura zakłada kolejne rozcieńczania wody w wodzie, a przy każdym kolejnym woda ta jest wstrząsana, co nazywane jest jej dynamizacją. Owa dynamizacja powoduje, że kacze cząsteczki (których już w roztworze nie ma) odciskają piętno na cząsteczkach wody, a te ostatnie zachowują leczniczą polaryzacjo-konfigurację. W tak skonfigurowanej leczniczo wodzie następnie maczane są granulki cukru i sprzedawane za 96,23 pln za 30 kulek. Dodatkowo wokół cukrowej granulki impregnowanej wg opisanego przepisu tworzy się kula energetyczna o średnicy 9 metrów. Wewnątrz niej pacjent jest już leczony przez kaczą „informację” zawartą w pojedynczej granulce cukru. Co ciekawe, z jednej kaczki można wyprodukować 1250 miliardów dawek tego leku, a zakładając, że na kuli ziemskiej mieszka 7 mld, to taka jedna biedna kaczka wystarczyłaby na 178 kul ziemskich.

Chemia wytrysku, czyli o tym, że co nagle, to po diable

Ostatnimi czasy sporo mówi się i pisze o leczeniu przedwczesnego wytrysku (u mężczyzn, rzecz jasna). A to za sprawą leku, który, że tak powiem „stosunkowo” niedawno został w Polsce zarejestrowany. Jest to dapoksetyna. Opisywana dolegliwość dotyka głównie początkujących młodzieńców oraz młodych kochanków i powoduje, że psychika takiego faceta po takim zdarzeniu wymagać będzie w wieku późniejszym kozetki psychoanalityków. A problem nie jest wcale błahy, bo dotyczy u nas 4 mln prawdziwych mężczyzn (ciekawe jak to sprawdzili epidemiolodzy), a z tej „garstki” młodzieńców prawie połowa odczuwa w związku z tym dramatyczną i długotrwałą frustrację. Do tej pory stosować można było jedynie maści znieczulające, grube prezerwatywy oraz szeroko pojętą psychoterapię. Co ciekawe, w ocenie partnerek takich szybkich Billów przedwczesny wytrysk u takowych partnerów tolerują one znacznie gorzej, niż zaburzenia ich potencji. A wiadomo, że jeśli nie tolerują, a przy tym i nie kochają to do rozpadu związku tylko jeden krok. Na szczęście od września 2013 r. mamy w aptekach lek, który może przepisać każdy doktor, co wczuje się w problem młodego adepta ars amandi. Trochę jest on drogawy, ale że tak powiem obrazowo, w sumie do przełknięcia. Ulotkowym wskazaniem do jego stosowania jest wyłącznie przedwczesny wytrysk i żadna inna „choroba”. To ciekawe i smutne, a opisywane tu zjawisko, jak wszystko w naszym organizmie regulowane jest przez nasz mały, nieskomlikowany, samczy mózg. A główną aktorką w tym żenującym spektaklu jest serotonina, która to niby takim hormonem szczęścia jest (ciekawe czyjego szczęścia). I właśnie jej niedobór względny w głowie młodziana odpowiada za rzeczony przedwczesny wystrzał. Zatem ten cudowny lek jest niczym innym jak inhibitorem zwrotnego wychwytu serotoniny (SSRI), czyli lekiem, który od pół wieku stosowany jest w leczeniu depresji, tyle, że jego formuła powoduje, że wchłania się on bardzo bardzo szybko i z tego powodu można (należy) podawać go chwilkę „przed”. Co ciekawe, w odróżnieniu od opisywanej tutaj pigułki szczęścia posiadamy również pigułkę „po”, ale o tym już w zupełnie innym odcinku.

Suplementy dla dzieci ???

Przeczytałem ostatnio w Internecie wypowiedź Pani Prof. M. Kozłowskiej-Wojciechowskiej, która jest Kierownikiem Zakładu Opieki Farmaceutycznej Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego oraz autorką wielu publikacji naukowych na temat diety i suplementacji. Wypowiedź twarda, rzeczowa, prawdziwa. W moim typie. Lubię takie kobiety. Otóż pisze Ona o pladze suplementowej występującej w Polsce. W 2013 roku sprzedano u nas 150 mln opakowań suplementów diety, co wskazuje, że każdy z nas teoretycznie zjadł 4-5 takich opakowań! A przecież wielu z nas nigdy nie wzięło żadnego suplementu do ust. Ani ja, ani moja Żona, Mama, ani moje dzieci. Oznacza to, że są ludzie, którzy wchłonęli zamiast nas znacznie więcej niż te 4-5 pudełek. A co gorsza, w tym procederze udział biorą też dzieci, bo niezbyt rozgarnięci i zatruci reklamami rodzice kupują takowe w aptekach. Rodzice ci powinni wiedzieć jednak, że podawanie dzieciom suplementów choćby w postaci witamin, a nie naturalnie występujących składników mineralnych, naturalnych witamin może powodować pogorszenie stanu ich zdrowia. Pani Profesor twierdzi, że podawanie tabletkowych suplementów rozwijającemu się organizmowi (czyli do 25 roku życia) może ten rozwój zaburzyć. Tak naprawdę niewiele jest wskazań do podawania suplementów i są one dość wąskie. Suplementacja zresztą z definicji oznacza podawanie czegoś, czego brakuje. I tak na przykład u dziewcząt częste są niedobory kwasu foliowego i żelaza, a u dzieci i młodych dorosłych powszechny jest niedobór witaminy D, wapnia i kwasów omega-3. Ale pamiętajmy, że nie we wszystkich rejonach Polski jest tak samo. Ewentualne uzupełnianie niedoborów powinno być zawsze poprzedzone odpowiednim określeniem stężenia podejrzanych o niedobór składników we krwi, a dopiero po stwierdzeniu ich niskich wartości powinno włączać się suplementację. Nigdy w ciemno. Pani Profesor ubolewała, że Polacy łykają ogromne ilości kolorowych tabletek, suplementów nie rozumiejąc, przez piorące mózg reklamy, co tak naprawdę spożywają. Bo biznes, to biznes, a sprzedaż wszak jest najważniejsza.